Alert o Twojej firmie. Dwie minuty, zero złotych i jedna pułapka.

Ktoś napisał o Twojej firmie na blogu, w lokalnym serwisie albo wkleił Twój numer telefonu na cudzą wizytówkę. Dowiadujesz się o tym pół roku później, przypadkiem, od klienta. Google ma na to darmowe narzędzie, które ustawiasz raz. Pokazuję na własnym teście, jaka fraza działa, jaka przysyła same śmieci i czego alerty nigdy nie zobaczą.

Ekran Alertów Google z polem Utwórz alert, obok napis: alert o Twojej firmie, dwie minuty, zero złotych i jedna pułapka w nazwie

Jeśli masz 2 minuty

Wejdź na google.com/alerts. Konta Google nie musisz zakładać, wystarczy adres e-mail.

Wpisz adres swojej strony w cudzysłowie, na przykład "twojafirma.pl". To fraza, której nie ma żadna inna firma.

Zjedź niżej i sprawdź „Podgląd alertu”. Zobaczysz przykładowe wyniki, zanim cokolwiek utworzysz.

Kliknij „Pokaż opcje” i ustaw region na Polska, jeśli działasz lokalnie.

Czego to nie zrobi: nie pokaże komentarzy ani zamkniętych grup na Facebooku. Alerty widzą tylko to, co trafia do wyszukiwarki Google.

Mam jedno z najpopularniejszych nazwisk w Polsce. Brzmi jak żart, ale dzięki temu bardzo szybko zrozumiałem, dlaczego alerty o firmie u większości ludzi nie działają i po dwóch tygodniach lądują w koszu.

Co to w ogóle jest

Alerty Google to darmowa usługa, która wysyła Ci maila, gdy w wyszukiwarce pojawi się coś nowego na wybrany temat. Ustawiasz raz i działa. Nie ma wersji płatnej, limitu ani okresu próbnego.

Sprawdziłem to 28 września 2026 na wylogowanej przeglądarce. Strona jest po polsku, a formularz wygląda tak.

Strona Alertów Google z fioletowym nagłówkiem i polem Utwórz alert
Ekran startowy, 28.09.2026. Jedno pole i tyle.

Pułapka: wpisałem swoje nazwisko

Naturalny odruch jest taki, żeby wpisać nazwę własnej firmy albo swoje imię i nazwisko. Zrobiłem dokładnie to.

Google pokazało mi profil trenera piłkarskiego w Transfermarkcie, notkę z serwisu 90minut, nowego dyrektora szkoły podstawowej w Bełchatowie i radę doktorantów z Poznania. Ani jednego wyniku o mnie.

Potem dopisałem jedno słowo, którego nie ma żaden mój imiennik: marketing. Pierwszy wynik to już byłem ja.

Porównanie dwóch podglądów alertu: po lewej wyniki o trenerze piłkarskim, po prawej artykuł o agencji marketingowej
Ta sama osoba, dwie frazy, dwa zupełnie inne światy. Zrzuty z 28.09.2026.

Próbowałem też odsiewać śmieci minusem, czyli wpisać "Damian Nowak" -trener -Transfermarkt. Piłka zniknęła, ale na jej miejsce weszli kolejni imiennicy. Sam minus nie wystarczy, bo nie da się wypisać wszystkich zawodów świata.

Fraza, która naprawdę działa

Wniosek z tego testu jest prosty: alert ma pilnować czegoś, co ma tylko Twoja firma. Nazwa rzadko jest taka. Adres strony i numer telefonu zawsze.

  • "twojafirma.pl" w cudzysłowie. Złapiesz każdą stronę, która wspomina Twój adres, łącznie z katalogami i forami, o których nie wiesz.
  • "123 456 789", czyli Twój numer telefonu. To najciekawszy alert ze wszystkich, o czym za chwilę.
  • "nazwa firmy" miasto, jeśli nazwa jest popularna. Miasto robi za odróżnik, tak jak u mnie słowo marketing.

Cudzysłów nie jest ozdobnikiem. Mówi Google, żeby szukał dokładnie tego ciągu znaków, a nie luźno powiązanych słów.

Alert, który milczy, i o to chodzi

Wpisałem swój numer telefonu i zobaczyłem komunikat „Brak wyników dla tego zapytania”. Przez sekundę wyglądało to na porażkę testu.

To jest jednak dokładnie ten stan, który chcesz mieć na starcie. Alert na numer telefonu ma milczeć przez rok i odezwać się w dniu, w którym ktoś ten numer gdzieś wklei. Na przykład na wizytówkę w katalogu firm, której nie zakładałeś, albo do ogłoszenia, które nie jest Twoje.

Ten jeden alert kosztuje dwie minuty i bywa jedyną rzeczą, która ostrzega Cię, zanim zrobi to zdziwiony klient.

Sprawdź frazę, zanim cokolwiek utworzysz

Rzecz, której nie widziałem w żadnym poradniku, a jest na tej samej stronie. Gdy wpiszesz frazę, pod formularzem pojawia się sekcja „Podgląd alertu” z przykładowymi wynikami. Zanim klikniesz cokolwiek i zanim podasz maila.

To zmienia sposób pracy. Nie zakładasz alertu w ciemno i nie czekasz tygodnia na wiadomości z Transfermarktu. Wpisujesz frazę, patrzysz w podgląd, poprawiasz, patrzysz jeszcze raz. Cała robota schodzi do dwóch minut.

Cztery ustawienia, które warto zmienić

Pod polem wyszukiwania jest link „Pokaż opcje”. Kryje się tam pięć ustawień i większość ludzi nigdy ich nie otwiera.

Panel opcji alertu: częstotliwość, źródła, język, region, ile wyników oraz pole na adres e-mail
Panel „Pokaż opcje”. Na dole widać pole na adres e-mail, czyli konta Google nie trzeba zakładać.
  • Częstotliwość. Zostaw „Najwyżej raz dziennie”. Opcja „Gdy tylko się pojawi” potrafi zasypać skrzynkę.
  • Język. Ustaw polski, jeśli pilnujesz polskiej nazwy. Przy adresie strony możesz zostawić dowolny.
  • Region. Ustaw Polska, gdy działasz lokalnie. Odetnie to sporo szumu z zagranicy.
  • Ile. Domyślnie stoi „Tylko najlepsze wyniki”, czyli Google sam filtruje. Jeśli masz wrażenie, że alert milczy za często, przełącz na „Wszystkie wyniki”.

Czego alerty nie zobaczą

To jest miejsce, w którym większość poradników obiecuje za dużo. W pomocy Google jest napisane wprost, że alert informuje o nowych wynikach, które pojawiają się w wyszukiwarce Google.

Czyli poza zasięgiem zostaje sporo rzeczy, na których Ci zależy:

  • posty w zamkniętych grupach na Facebooku,
  • komentarze pod postami i wiadomości prywatne,
  • większość treści z Instagrama i TikToka,
  • opinie, które ktoś zostawił tylko w aplikacji, bez indeksowanej strony.

To nie jest monitoring internetu. To monitoring tego, co Google zdążył zaindeksować. Dobrze o tym wiedzieć, zanim uznasz, że skoro cisza, to nikt o Tobie nie mówi.

Trzy alerty na start

  1. Adres Twojej strony w cudzysłowie. Podstawowy. Dowiesz się, kto Cię linkuje i gdzie trafiłeś do zestawień.
  2. Twój numer telefonu w cudzysłowie. Cichy strażnik. Odezwie się, gdy ktoś wklei Twój numer w cudzym ogłoszeniu.
  3. Nazwa Twojej firmy plus miasto. Ten łapie lokalne artykuły, zestawienia i fora.

Każdy z nich ustawisz w kilkadziesiąt sekund, a wyłączysz jednym kliknięciem w linku „Anuluj subskrypcję” na dole maila z alertem.

Co zrobić dziś

  1. Wejdź na google.com/alerts i wpisz adres swojej strony w cudzysłowie.
  2. Zjedź do „Podglądu alertu” i zobacz, czy wyniki są o Tobie.
  3. Podaj adres e-mail i kliknij „Utwórz alert”. Potem zrób to samo z numerem telefonu.

Dwie minuty raz, a potem samo się odzywa. To rzadki układ w marketingu, więc szkoda go nie wykorzystać.

Chcesz takie konkrety regularnie?

W newsletterze pokazuję darmowe narzędzia i ruchy, które właściciel firmy wdroży sam, zwykle w kwadrans. Zawsze na prawdziwym przykładzie i ze zrzutami.

Zapisz się do newslettera

Częste pytania

Czy to jest darmowe?
Tak. Alerty Google nie mają wersji płatnej ani limitu do wykupienia.

Czy muszę mieć konto Google?
Nie. Na wylogowanej stronie obok przycisku „Utwórz alert” jest pole „Podaj adres e-mail”. Zalogowanie daje tylko wygodniejszą listę wszystkich alertów.

Jaka fraza jest najlepsza?
Ta, której nie ma nikt inny. Adres strony w cudzysłowie albo numer telefonu. Sama nazwa działa tylko wtedy, gdy jest rzadka.

Alert nic nie przysyła, coś jest zepsute?
Przy wąskiej frazie cisza jest normalna i o to chodzi. Jeśli chcesz więcej, w „Pokaż opcje” zmień pole „Ile” na „Wszystkie wyniki”.

Czy zobaczę opinie z Facebooka?
Nie. Alerty pokazują to, co trafia do wyszukiwarki Google. Zamknięte grupy, komentarze i wiadomości prywatne tam nie trafiają.

Jak wyłączyć alert?
Na google.com/alerts kliknij ikonę usuwania obok alertu albo kliknij „Anuluj subskrypcję” na dole maila z alertem.

← Wróć do bloga